Świadectwo Stanisława

Pierwszy zapamiętany "spacer miłosierdzia" odbyłem jakieś 15 lat temu z ks. Andrzejem Szpakiem - duszpasterzem Ruchu Młodzieży Różnych Dróg (czyli głównie hipisów). Potrzebowałem poukładać sobie w głowie sprawy po swoich bolesnych i gorszących (w tle była afera pedofilska) przeżyciach katechety (wówczas już byłego). Ból po złym potraktowaniu mnie nie zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (to wymagało całej dekady i usłyszenia słowa "przepraszam" od innego księdza - wcale niezwiązanego z tą sprawą, ale czującego się odpowiedzialnym za swoich parafian zgorszonych przez jakichkolwiek księży), ale pojawił się wewnętrzny spokój - sfera życia duchowego, która kiedyś sprawiała mi wiele radości, a która przez tę bolesną sprawę została mi skradziona znów wróciła ze swoim radosnym kolorytem uwielbienia Boga. Otrzymałem też proste słowa mądrości doświadczonego duszpasterza "ty ciesz się, że zmieniłeś pracę, bo z tego, co od ciebie słyszę, tamta za bardzo ciebie eksploatowała, a to są dzieci - angażowałeś się, to dobrze, ale zdenerwowany i przemęczony w końcu wpakowałbyś się w poważne kłopoty np.: rozgniótł na ścianie jakiegoś łobuza dręczącego słabsze dzieci (...) a księżom, co ciebie zranili przebacz - nie dla nich - dla samego siebie... nie zasługujesz na to, abyś cierpiał nosząc w sercu gorycz i nienawiść z ich powodu".

 

Drugi zapamiętany "spacer miłosierdzia" miał miejsce z ks. Bartkiem w przededniu mojego ślubu. Przed tą rozmową byłem przerażony - tak to bywa, jak ktoś żeni się zbyt późno i nasłucha o konfliktach, rozwodach, kłopotach, pogmatwanych życiorysach... i sam wiele takich sytuacji naocznie zobaczy. Bałem się, ze nam się nie uda, że zmarnuję życie sobie (to jeszcze było mniej przerażające), ale przede wszystkim Dziewczynie, która mnie kocha i którą kocham. Po kilku godzinach rozmowy lęk i wątpliwości ustąpiły, a następnego dna szedłem do ołtarza ze łzami szczęścia w oczach, że wreszcie spełnia się moje największe marzenie.

Trzeci "spacer miłosierdzia" odbyłem przed kilkoma dniami właśnie z ks. Michałem. Zauważyłem, że po sześciu latach małżeństwa coś w moim życiu się "rozjeżdża". Nie czuję się szczęśliwy, widzę że moja Żona jest często pozostawiona bez mojego wsparcia. Co bardzo ważne, jeden z Synów wykazuje dziwnie silny stres przedszkolny i pilnie potrzebuje mojej interwencji, a ja nie wiem jak mu pomóc. Zauważyłem, że zainteresowanie polityką i prowadzenie publicystycznego bloga https://www.salon24.pl/u/peacemaker/ z ciekawego i rozwijającego hobby zamieniło się w trwoniący czas i nerwy nałóg. I co najważniejsze - zauważyłem, że nie żyję tak, jakbym chciał żyć, moje życie nie jest zgodne z moim systemem wartości i oddala się coraz bardziej od tego, jak wyglądało w wyidealizowanych marzeniach. Tym razem rozmowa trwała około godziny. Kilka rad stawiających na nogi. No właśnie, po czym odróżnić dobrego spowiednika, terapeutę, przyjaciela itp... od niedobrego? Właśnie po tym, że ten niedobry będzie próbował uzależnić drugą osobę od siebie, a ten dobry poprowadzi ku wolności. Pierwsza i najważniejsza rada: szukanie wsparcia księdza lub psychologa jest OK, ale kluczem do sukcesu jest tutaj wzmocnienie relacji, czyli sakrament pokuty - owszem, ale przede wszystkim wykorzystać wszystkie siły i atuty sakramentu małżeństwa. Resztą rad nie będę zanudzał Czytelnika, bo to sprawy bardzo osobiste i indywidualne - pomysł dobry dla mojej rodziny wcale nie musi odnosić się do innej.

 

Na swoją rozmowę czekałem nieco ponad godzinę, bo przede mną rozmawiała już jedna Osoba. W czasie mojego oczekiwania widziałem, że przybyły trzy następne. Czyli "spacer miłosierdzia" nie jest "masówką", ale zaczyna cieszyć się powodzeniem. I słusznie, bo odjechałem wyraźnie umocniony.

 

Czy to także dla Ciebie?

To zależy. Różne są ludzkie potrzeby, różne priorytety. Dlatego do niczego nie zmuszam i o niczym nie przesądzam.

 

Z osobistego doświadczenia wiem, że Bóg nigdy sobie człowieka nie "odpuszcza" - zawsze daje mu szansę, aby mógł zmienić swoje życie, czyniąc je szczęśliwym i wartościowym, a nie przepełnionym goryczą i szarym. Jednak znam wiele osób, które "odpuściły" sobie Boga. Bo aby wykorzystać którąkolwiek z tych szans, trzeba tego chcieć. Tak, potrzebne jest pragnienie - to na dobry początek. Jeśli więc pragniesz, to przyjdź i zaczerpnij! Tłumaczenia i wykręty, że ksiądz, że kościół, że zranienia, że to, ze tamto... może pozwolą zagłuszyć problem i wytłumaczyć się przed sobą... ale nie zwrócą Ci życia.

 

Stanisław