Świadectwo M.

Na spacer miłosierdzia trafiłam trochę przypadkiem, dziwnym splotem pewnych okoliczności (choć wiem już, że nic nie dzieje się bez przyczyny) w bardzo krytycznym momencie mojego życia, w zasadzie, gdy zawaliło się ono w zgliszcza. Na spotkanie z ks. Łukaszem szłam z nastawieniem „właściwie, po co ja tam idę”, mając w głowie jedynie słowa siostry „idź, pogadaj, może coś pomoże”… Nie traktowałam tego spotkania jak spowiedzi, ale będąc już na miejscu, zwyczajnie pękłam, rozsypałam się na kawałki, wyrzucając z siebie na dwugodzinnym spacerze wokół kościoła żale właściwie całego życia, poranienie jakiego doświadczyłam w ostatnim czasie… W zasadzie w większości był to mój monolog, ale poczułam wielką, ogromną ulgę… odbarczenie się z ciężaru swojego życia, w którym się pogubiłam, w swoich frustracjach, w swoich emocjach, w swoim żalu. Do drugiego spotkania musiałam dojrzeć, ale każde kolejne miało jakiś konkretny cel ze strony ks. Łukasza, miało doprowadzić mnie do spokoju, równowagi, opanowania swoich emocji, uniezależnienia od innych, poczucia swojej wartości, wyzwolenia z grzechu. „Spaceruję” do dziś, jak tylko jestem w potrzebie, żeby nabrać sił, poczucia sensu lub po prostu zwyczajnie pogadać z przyjacielem.

 

M.