Świadectwo anonimowe

Nie jestem pewna czy potrafię to opisać tak, żebyś wiedział/a dokładnie, o co mi chodzi, chyba wolałabym się z Tobą spotkać i opowiedzieć Ci moje świadectwo osobiście – przy kawie, rzecz jasna. No ale spróbujmy…Miałeś/aś kiedyś taką obserwację, że w sumie życie nie jest dla Ciebie jakieś bardzo łaskawe, ale jednak wkoło są inni, którzy mają gorzej? Że w sumie nigdy nie było tak, że możesz na ludzi w 100% liczyć, że czujesz się dla kogokolwiek jakkolwiek ważny/a a Twój Ojciec jest pierwszym, który zawodzi? I nauczyłeś/aś się żyć tak, żeby sobie radzić, przełykać swój ból i pomagać radzić sobie z bólem innym – oni przecież mają gorzej. Są ważniejsi, bardziej cierpią i w ogóle to potrzebują Twojej pomocy, wsparcia i obecności, więc Ty musisz być silny/a. I tak ubrałeś/aś się w zbroję niedostępności, dorobiłeś się mieszkania, niezłej pracy, grona „bezpiecznych” przyjaciół na dystans i zgrai znajomych „wysysaczy” potrzebujących twojego wsparcia, optymizmu, uśmiechu i dobrego słowa. Ten opis to moje 26 lat życia.

 

Gdy pierwszy raz usłyszałam o Spacerze Miłosierdzia od ks. Łukasza stwierdziłam - świetna sprawa dla wszystkich moich potrzebujących znajomych. I że w ogóle to muszę ich wszystkich wysłać na taki spacer. Ja nie, ja nie potrzebuje, ja znam zasady, usiłuję się do nich stosować i w ogóle to Pan Bóg jest – trochę mnie nie słucha – ale jest. Widocznie muszę bardziej się postarać to wtedy wysłucha wszystkich próśb, planów i rozkazów. Przyszedł jednak dzień, w którym ilość problemów cudzych i moich własnych zdecydowanie przekroczyła znośną granicę. Stracić sens swoich działań, służby, sens życia. Stracić nadzieję, że to życie się kiedyś skończy a zacznie się nowe, lepsze i piękniejsze. Stracić siły, by doczołgać się rano po kawę do kuchni. Być w czarnej pustce i nie widzieć już wyjścia. Wiedzieć, że samemu się nie da już rady a nie umieć poprosić o pomoc a tym bardziej nie umieć tej pomocy przyjąć.

 

Siedziałam w kościele, z gitarą, usiłując służyć Bogu swoim śpiewem i jednocześnie krzyczałam na Niego, że to bez sensu, że się do tego nie nadaję, że przecież nigdy się nie zmienię i że wiem, że się na mnie obraził dlatego się „nie odzywa”. Po Mszy napisałam do księdza Łukasza czy dziś „Spaceruje”? Mój ksiądz spowiednik był wtedy na urlopie. A był czwartek więc spacerował…potrzebowałam przede wszystkim spowiedzi, ale też kogoś, kto mi przetłumaczy na „zrozumiałe” działania Pana Boga i Jego obecność. Spacer i rozmowa, spowiedź - to było zderzenie z prawdą, zderzenie z wszystkim tym, co zawsze chciałam ukryć, zderzenie z moją historią i z samą sobą. To za każdym razem dla mnie samej walka o spotkanie Pana Boga ze mną. O wpuszczenie Go o milimetr bliżej dna mojego serca. O zgodę na Jego plan, pomysł na moje życie. To modlitwa, cierpliwe słuchanie, towarzyszenie księdza w moich spotkaniach z Panem Bogiem i samą sobą. To podprowadzanie w głośne nazywanie tego, co dawno zakopałam głęboko w sercu, tak, aby Pan Bóg mógł to usłyszeć i uleczyć. Kiedyś mi się wydawało, że Pan Bóg skoro jest wszechmocny to sam kiedy zechce może nas uzdrowić, ale nie zauważyłam, jak stałam się strażniczką własnego cierpienia. Wydawało mi się, że gdy nie ma się nic to choć „swoim” nazwę cierpienie i samotność. I tak staliśmy z Bogiem w pół drogi. Ja kurczowo trzymająca ból, żal i cierpienie. On chcący dać miłość i przebaczenie, ale szanujący moją wolę. Ja krzyczałam „jak możesz dopuszczać tyle zranień”? On „że Kocha i nigdy nie przestanie” ale siłą nic nie chce zmieniać w naszej relacji, bo będzie wtedy jak Ci, którzy mnie skrzywdzili.

 

Spacer Miłosierdzia - jak to spacer - pozwolił mi wyjść (i nadal ćwiczy w wychodzeniu) Bogu na spotkanie. Za nadzieję, doświadczenie Bożej Miłości i przebaczenie oraz każdy krok bliżej Nieba. Chwała Panu!